
Ja już się nauczyłam!
Jak się w poniedziałek wraca po weekendzie do pracy, to z gory, tak już na wstępie się narzeka: "We are here again", "Monday again" itp. A że każdy jeszcze weekendem żyje, to sobie jeden przez drugiego sobotnie lub niedzielne historie opowiada.
I tak Monday mija ? ospale, powoli, w niewyspaniu, z kacem, człowiek taki jeszcze półweekendowy. Rzeczy pozostawione z zeszłego tygodnia znowu odkłada się na później. No przecież Monday dzisiaj, a dziś jeszcze wszystko można... odłożyć.
Wtorek, znaczy "Tusday". Machina powoli zaczyna ruszać, tak z półobrotu, powolutku, bo to początek tygodnia dopiero. Coś tam się zaczyna robić, papiery przeglądać, sprawy z piątku załatwiać. I tak wtorek mija.
Środa czyli "Wensday". O! To już pełną parą! Coś zrobić trzeba, bo się rzeczy napiętrzyły i zaległości pełno. W środę na 100%, no może na 99% się pracuje. I tak środa mija.
Czwartek znaczy "Thusday". Machina zwalnia, bo to już się o weekendzie myśli. Coś tam się dokańcza, no bo już jutro koniec tygodnia! I tak czwartek mija.
Piątek - Friday. To już się zupełnie nic nie robi! Jedną nogą każdy już w weekendzie jest. Pół załogi sicka zgłosiło, więc całą robotę na poniedziałek trzeba przełożyć, bo przecież sama robić wszystkiego nie będziesz. Ludzie już wolmym żyją i to im zawsze lekkich skrzydeł w piątek dodaje, by trwać, no bo po pracy to wiadomo... do pubu! I tak piątek mija.
Jak ta Brytania prosperuje? Ja nie wiem. No, ale przecież zawsze polski niewolnik przyjedzie, za pół stawki robotę zrobi i to cztery razy lepiej. I jakoś to się kręci.
Oby do weekendu!
Przeczytaj też:




