| Trzymanie cycków czyli wizyta u kolegi w Londynie |
|
|
|
| Wpisany przez mazinka | |||
| piątek, 23 kwietnia 2010 13:01 | |||
Pamiętniki z emigracji czyli życie Polaka w UK.
fot. S. Woods/Stock.Xchng
I znowu do tego Londynu! Jak tu ludzie mieszkać mogą?! Ciągle głośno, pełno! Boże, jak tu żyć? A pracować? Dwie godziny na transport marnować, a jak korki to i dłużej. Ja wiem, że tu pieniądze lepsze zarobić można, ale tak całe życie w tym pociągu czy metrze spędzić?
Gorąco w tym metrze, jak cholera. Słyszałam, że latem to do 40°C dochodzi. No śmierć w metrze cię czeka! Ale jak później powiesz, że w "London" pracujesz, chociaż byś dupy podcierał, to przecież zawsze lepiej brzmi. A jak działa! No i jadę tym metrem, i tych barierek, co je tysiące rąk dziennie dotyka, się łapię. Myślę sobie, że te bakterie to mi zaraz rękę zjedzą, bo coś czuję, że mi już ta ręka zaczyna pulsować. Ale nic to. Baba jedna rękę też opiera, a później nią czipsy, co je tu snacki nazywają, je! Tu, w tym metrze to naprawdę horrory można kręcić. Wysiadam. Kolega gdzieś mieszkał koło BBC, takiego dużego budynku, tyle pamiętam i, że sklep spożywczy tam był, bo wódkę tam kupowałam. Kolega przywitał nas żywo. Kumpla przedstawił. Kolejny wykształciuch - polonista. Cały się kwiat inteligencji polskiej na te wyspy zjechał! Kolega mój poruszony, nawet kanapki zrobił. Z ogórkiem kiszonym! Nie z jakimś tam konserwowym. Jeżyki dalej podano i... oczywiście polską wódkę. Oni tu w Londynie dobrze z tymi polskimi sklepami mają. Wyrosły te sklepy, po 2004, jak grzyby po deszczu. Ci polscy Londyńczycy, to sobie mogą kupić co chcą i po ludzku zjeść na przykład taką lisiecką czy ogórki kiszone. Ja z prowincji pochodzę, to u nas tylko Ciapaty mleko Łaciate sprzedaje, ale i tak dobrze, zawsze sobie przy kawie z Łaciatym, Polskę przypomnisz. No i się tak naszykował ten mój kolega suto, taką nam polską ucztę, z tych jeżyków i ogórków kiszonych zrobił, że aż mi się łza w oku zakręciła i za Ojczyznę naszą toast wzniosłam: "Londyn... tfu... Polsko! Ojczyzno moja!" O biedzie na wygnaniu zaczęliśmy temat. A każdy z nas dodam to rasowy single! Kolega - polonista, swoją miłosną historię opowiedział. Poznał dziewczynę (w internecie dodawać nie muszę), no i ładna i młoda była tylko, że... takie błędy ortograficzne i gramatyczne robiła, że nie wytrzymał. Początkowo się powstrzymywał, no bo ciśnienie duże, więc nawet te błędy znosił, ale jak jutro przez "ó" mu napisała, to nie wytrzymał, bo mówi, że nawet do tego jutra przez "u" nie wytrzyma. "O!" pomyślałam, to teraz przez "ą", "ę" cały wieczór mówić trzeba. Później mój kolega ze swej niedoli się zwierzył. W ogrodnictwie robi u starej Angielki, to znaczy w sklepie, gdzie wszystko do ogrodu kupisz, bo przecież Brytyjczycy z pięknych ogrodów to na cały świat słyną. I ten mój Kolega u tej ogrodniczki w tym sklepie pracuje na stanowisku każdym, to znaczy, że później sobie w CV może wpisać, że i w logistyce i marketingu, w kontroli jakości, w public relations pracował. No wszystko tam robi, taka prawa ręka szefowej. I ten kolega mi mówi, że go tak kiedyś przycisnęło, przypiliło, jakoś tak zamroczyło, że tą starą (jaką starą - 58 lat!) Angielkę gdzieś tam na magazynie, wśród tych nasion i kopaczek "przypiął". Nie wie jak to się stało, no jakaś pomroczność jasna i... że się później kłopoty zaczęły, bo ona, ta właścicielka to ciągle na ten magazyn chciała chodzić. Stara aż tak nie jest, potrzeby swoje ma, a jeszcze się jej taki jurny, młody Polak trafił i to z kulturą pełną, (bo jej później z tego wszystkiego podziękował za to) to przecież by każda nie zależnie od wieku na ten magazyn chciała! "Angielka nie popuści!" kolega mówi. On jej tłumaczył, że nie można tak dłużej, bo mąż, bo to w pracy, a że gość kulturalny to Angielka nie naciska. Czeka, a on dobrze wie, że ona czeka i sposobności szuka. On mi na to, że nie wie co ma teraz zrobić, bo z litości jej nie da, więc... więc chyba pracę nową poszukać musi. A już tak dobrze było. Miło było, ale się skończyło! Do toalety mi się zachciało. Łazienka na końcu korytarza. Patrzę, a tu chłopak wychodzi, nic nie mówi, spuszcza głowę (bo nie daj Boże po angielsku się odezwać będzie musiał). Dwóch w kuchni siedzi. To ilu, w tym mikromieszkaniu chłopa żyje? Tak liczę, trzy pokoje, po dwóch w jednym, to chyba sześciu będzie. Nie może być! Łazienka. Ja to mam obsesję na punkcie łazienki i jak TĄ zobaczyłam, to mi się od razu wyobraźnia włączyła. Boże! Taka mikro, jak i całe mieszkanie, na sześciu chłopa! No nic, wchodzę. Wygląd? Taka angielska. Wykładzina na podłodze (nie jak nasze poczciwe linoleum czy płytki PCV). Od razu smród zgnilizny się rzucił. Normalne. Tak mi się już ta Brytania zawsze kojarzyć z tym pleśniowym "zapachem" będzie. Mi to się zawsze wydawało, że to od tych angielskich antyków ten specyficzny zapach, a to się okazało, że to zwykła pleśń była. O tej pleśni to tu można poematy pisać! Jak ktoś doktorat o pleśni pisze to, zapraszam na Wyspy. Zawsze mnie to cholernie dziwiło (i dziwić już pewnie będzie), że Brytyjczycy to przecież specjaliści od pleśni być powinni, bo u nich ciągle deszcz i ta wilgoć, a oni nawet wentylacji w łazience porządnej nie mają! I tak tą pleśnią, już od progu, zaleciało i patrzę... a tu drewniana klapa na ubikacji. Boże! Jak tu usiąść teraz. Nie ma rady, "na Małysza" trzeba! Rozglądam się dookoła. Tu kwitnie, tam kwitnie. Jak ja się tu jutro umyję?! Ta kabina też jakoś podejrzanie wygląda. Oglądam. I jak tu nogę postawić rano. Ile tu pewnie spermy przelane, w tej kabinie prysznicowej. Chłopy jak dęby, to sobie z kręgosłupa gdzieś spuścić muszą, a że po kilku w pokojach mieszkają, to intymności zero, to im ta spleśniała mini-łazienka zostaje. Jeszcze się tymi pornosami dniem i nocą katują, to rady nie ma, do kanału ściekowego spuścić trzeba. Ja się tu myć nie będę! No nic, wracam do tych ogórków pachnących, co je za młodu prosto z beczki rękami brałam i jadłam. Wypić trzeba teraz za zdrowie, bo go tu dużo trzeba i o pleśni zapomnieć co nas tu wszystkich na tej emigracji zżera. Popili, pogadali i... się jakoś dziwnie pary porobiły. Moja Koleżanka razem z kolegą na materac się jeden szykują... A ja? Z polonistą mam się kłaść! Przecież tylko dwa łóżka rozłożone. Nic, zniosę. Chłopak na czystego wygląda, a i koleżanka też się chce trochę zabawić. Dla niej to robię! "No możemy tak spać, ale tylko spać!" zaczęłam, na wszelki wypadek, żeby sytuacja była czysta, bo mi Polonista średnio do gustu przypadł, a i spać mi się zachciało. Ale gdzie tam spać! Polonista na głodzie, to mu się coś ręce zagubiły i maca mnie, i maca. Odsuwam mu te ręce i odsuwam, no ale jak s... nie powiesz to nie da rady! Kolegę proszę, żeby Polonistę ostudził, ale tylko chichot w ciemnościach usłyszałam. A te ręce jego wirują, tańcują. No to pospałam. Gdy mnie tak już wymacał dokładnie to poczuł się tą zabawą zmęczony i usnął, ale na cyckach ręce dalej trzymał. No niech je sobie trzyma, tylko, żeby spać pozwolił. I tak zastygł z tymi rękami na moich cyckach, jak ochrona jakaś. No bo przecież stanika nie miałam! Przeczytaj też: Seks w zwykłym mieście
|
|||
| Poprawiony: środa, 23 czerwca 2010 18:01 |





